sobota, 26 grudnia 2015

08.

- Wciąż cię nienawidzę.
- Ucisz się wreszcie... - mruknęła zmęczona. Weszli na schody. Niestety one zaczęły znowu żyć własnym życiem. Nim dotarliby na sam dół, by zejść do lochów, minęłaby wieczność, a żołądek Dracona nie wytrzymałby tych zawirowań.
- Zaraz zwymiotuję - oznajmił, oczywiście wciąż z klasą. Hermiona przejęła od niego różdżkę.
- Immobilus - wycelowała w schody. Znacznie się uspokoiły. Ruszały się na tyle powoli, że zdążali opuszczać je tam gdzie chcieli. Hermiona odruchowo schowała różdżkę Dracona do swojej kieszeni.
- Och... - Malfoy złapał się za głowę i stanął. Zamrugał oczami kilkakrotnie. - Lepiej. Jednak do czegoś się przydajesz.
- Zamknij się. Twój głos drażni mnie bardziej niż te schody twój żołądek.
- Granger, mam prawo cię nienawidzić.
- Ja również. 
Dalszą drogę szli w milczeniu. Zatrzymali się przed wejściem do pokoju wspólnego Slytherinu. Patrzyli na siebie chwilę w milczeniu. Draco przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby miał zamiar podziękować za odprowadzenie. Zamiast tego spoważniał.
- Zapomnij o tym co usłyszałaś.
- Vice versa.
Ale nie mogła zapomnieć.

Szła spokojnie na lekcję, kiedy dorwała ją Ginny Weasley. Miłe towarzystwo, zwłaszcza po mocnych wrażeniach, jakie zapewnił jej w nocy Draco (jakkolwiek to brzmi).
- Na pewno nie słyszałaś o balu - stwierdziła, z szerokim uśmiechem na swojej ładnej buźce.
- Będzie bal? Fajnie... - pokiwała głową. Rzeczywiście fajnie, jakiś pozytywny akcent w tym smutnym semestrze. Z drugiej strony jej poprzedni bal nie skończył się za dobrze. - Chociaż...
- Daj spokój, będzie świetnie.
- Pewnie, ale z jakiej racji mamy bal? Nic wyjątkowego się nie dzieje - zastanowiła się głębiej czy aby na pewno.
- Nie wiem, ale znasz McGonagall. Ostatnio też strasznie przeżywała bal, wiesz... tańce, tradycje. Chyba po prostu to lubi. Ross ją poparł. On serio chyba był jej ulubieńcem. Wczoraj widziałam jak szła zdenerwowana przez Wielką Salę, ale gdy tylko do niej podszedł, cała się rozpromieniła.
- Nic dziwnego. Na pewno był czarujący - przyznała. Obie poczuły, że zażenowanie ogarnia ich umysły, kiedy minął je nie kto inny jak Nathaniel Ross. Czy słyszał, że o nim rozmawiały?
- Ee... - Ginny potrząsnęła głową. - Dalej jest. Mam nadzieję, że również głuchy.
- Oby... - zamyśliła się na chwilę. - Powiedział mi, że był w Slytherinie. Dziwne, że był blisko akurat z opiekunką Gryffindoru.
- Skąd wiesz takie rzeczy? Nie mów mi, że te plotki nie są tylko plotkami... - Ginny wbiła w nią zaciekawione spojrzenie. Hermiona zmarszczyła brwi i zwolniła krok.
- Jakie plotki?
- Porozmawiamy na spokojnie jutro w Hogsmeade. Pójdziemy razem?
- Jasne, możemy - spojrzały na siebie. Hermiona uśmiechnęła się porozumiewawczo. -Też bez partnera?
- Przestań. Ktoś nas zaprosi - Ginny prychnęła cicho.
- Nie zależy mi. 

Dziewczyny usiadły w wielkiej sali przy stole Gryfonów. Pierwszy raz od dawna Hermiona naprawdę miała apetyt. Nalała sobie do kubka kawy i chwyciła tost z dżemem. Ginny też zabrała się do śniadania, ale momentalnie obie posmutniały, bo przy stole brakowało Harry'ego i Rona. Mogły rozmawiać bez przerwy, ale tego rodzaju ciszy nie dało się zagłuszyć. Ron nieustannie odzywałby się z pełną buzią, Ginny wydałaby jęk obrzydzenia, Hermiona walnęła w głowę gazetą, a ściłHarry jak zwykle nie widziałby nic złego. Harry... zagubiony, kompletnie niespostrzegawczy, ale jak bardzo w tym uroczy. Z melancholii wyrwała je mała, brązowa sowa, z egzotycznie zielonymi oczami. Niezwykle kulturalnie upuściła list na jedyną pustą powierzchnię na stole, przy talerzu Hermiony. Ginny była w szoku, sowy mają tendencję do wrzucania paczek w jedzenie lub, co gorsza, w gorące napoje. 
- Dziękuję - mruknęła Hermiona, dając sowie kawałek chrupiącego tosta i z zainteresowaniem rozwinęła list. Dobrze, że nie miała kawy w ustach, bo wyplułaby ją, widząc kto do niej napisał. W pełnym skupieniu, zachłannie czytała każdą z niewielu liter.

"Najdroższa Hermiono,
 Uważaj na Dmitry'ego. To zły człowiek. Wyrzucili go z Durmstrangu. Trzymaj się od niego jak najdalej. Proszę, bądź ostrożna. Pamiętaj moje wcześniejsze słowa.

Twój na zawsze, W.K."

Marszczyła brwi coraz bardziej z każdym kolejnym słowem. "Co, proszę?", zapytała w myślach. Musiała przyznać, że styl pisania Kruma znacznie się poprawił, nie był już tak prymitywny, jednak chciała wierzyć, że to nie był szczyt jego możliwości. Chociaż czy wybitnemu szukającemu przyda się w życiu umiejętność pięknego pisania? Zdecydowanie powinien zajmować się tym czym się zajmuje do końca życia. Hermiona życzyła mu jak najlepiej, choć wielokrotnie dawała do zrozumienia, że nic z tego nie będzie. Miała do niego ogromny sentyment i sympatię, ale nie wyobrażała sobie poważnego związku. A przynajmniej nie z nim. Jednak to inna część listu nie dawała jej spokoju. Durmstrang to mordownia, pijalnia, istna Syberia. Jeśli Igor Karkarov podpisuje dokument wydalenia cię ze swojej szkoły, to znak, że jesteś diabłem wcielonym albo i wprost przeciwnie. Co najważniejsze: kim, do cholery, jest Dmitry?

- Hej... - zawołała beznamiętnym głosem za wysokim blondynem i czarnoskórym, minimalnie niższym brunetem. Odwrócili się, a Hermiona wyciągnęła do pierwszego z nich różdżkę. - To twoje.
Draco spojrzał na nią zaskoczony, ale tak, w sekundę poznał swoją własność. Odebrał ją szybko i wsadził do kieszeni, nie chwaląc się znajomością słowa "dziękuję". Hermiona już miała się odwrócić i odejść, gdy Blaise Zabini zaśmiał się nienaturalnie.
- Smoku, skąd Granger ma twoją różdżkę? 
Pansy Parkinson zakręciła się koło nich, położyła Draconowi dłoń na ramieniu i zaczęła go głaskać. Malfoy spojrzał na Hermionę pytająco, jakby chciał by odpowiedziała za niego. Chwilę później jego twarz ponownie wyrażała pogardę.
- Nie wiem, ostatnio ciągle za mną łazi. Pewnie po prostu różdżka wypadła mi z kieszeni, a szlama ją znalazła.
Pansy wybuchła frywolnym śmiechem. Hermiona skinęła głową, patrząc Malfoy'owi intensywnie w oczy, a jej spojrzenie wyrażało zimne "gratulację". Wyminęła ich. Ruszyła dalej korytarzem, lecz ku jej zdziwieniu, dwie minuty później dogonił ją nie kto inny, ale sam Draco Malfoy.
- Granger! - dorównał jej kroku i spojrzał na nią z góry. - Nie chciałaś, żebym się zabił w nocy...
Mruknął ze zdziwieniem w głosie. Hermiona nic nie odpowiedziała. Wystarczyłoby jej nawet najcichsze, ale jednak, podziękowanie. Nie liczyła na to z ust Ślizgona.
- To było... miłe. Dlaczego to zrobiłaś?
Zszokował ją tym, że ją znalazł i powiedział coś miłego, to fakt, ale nie miało to żadnego znaczenia. Miała w nosie co o niej myślał i jak ją traktował. Co on sobie wyobrażał? Sekundę wcześniej stawia ją w paskudnej sytuacji na oczach kumpli, a teraz znowu czegoś chce.
- Bo było mi cię żal.
Odpowiedziała chłodno i odeszła szybkim krokiem, zostawiając go, zdezorientowanego na środku korytarza. "Na Godryka, co za kutas...".

Wróciła do pokoju wspólnego i usiadła przed kominkiem. Przymknęła oczy i pogrążyła się we wspomnieniach o Wiktorze. Doskonale pamiętała ten najbardziej niespodziewany moment. Zaprosił ją na bal. Wśród tylu dziewcząt, kręcących się przy nim. Wśród pięknych uczennic z Beauxbatons. Chodził za nią do biblioteki, ślęczał tam godzinami. To było naprawdę urocze. Krum zawsze trochę jej imponował, ale nie sądziła, że jest tak bardzo daleki od próżności, aby uganiać się za przeciętną kujonicą. Może nawet jej się podobał, ale szczerze mówiąc poszła z nim na bal, by zobaczyć minę Rona. Wszyscy byli w szoku. Nawet Draco nie obrzucił jej pogardliwym spojrzeniem. Bardzo się postarała, by wyglądać godnie u boku reprezentanta w Turnieju. 
- Hermiona? - dziewczyna uniosła głowę, a jej oczom ukazał się Colin Creevey. Wyrósł na naprawdę urodziwego młodzieńca. 
- Cześć, Colin. Co jest? - uśmiechnęła się lekko. Chłopak wyciągnął z za pleców jej własną torbę. Hermiona odetchnęła z ulgą. Szczerze mówiąc nie chciało jej się odejść od ciepłego kominka i szukać tego nieszczęsnego profesora, by dostać swoją własność.
- Dziękuję ci - odebrała torbę i położyła sobie na kolanach. Zobaczyła wystającą z niej różdżkę. Wreszcie. 
- Nie ma sprawy. Muszę lecieć na szlaban... - powiedział smutno i spuścił głowę. - Z Filchem! 
Hermiona uśmiechnęła się pocieszająco.
- Pomęczysz się trochę dzisiaj, ale za to jutro w końcu wybijesz piwo kremowe w Hogsmeade.
Colin odwzajemnił uśmiech.
- To na pewno! Miłego dnia, Hermiono - pomachał jej i ruszył do wyjścia.
- Miłego, Colin.
Trochę to barbarzyńskie, by dawać szlaban w sobotę. No cóż... Hermiona wyciągnęła różdżkę i przełożyła ją do kieszeni. Wieczorem, gdy wypakowywała książki, z jednej z nich wypadła mała karteczka. 
"Będę czekać wieczorem w Trzech Miotłach. Chciałbym wypić z Tobą kawę."


_______________________________________________________
Witam na moim blogu! Pierwszy raz piszę do Was personalnie. Nie zdążyłam życzyć Wam wesołych świąt, ale mogę jeszcze życzyć magicznego Sylwestra i absolutnie udanego Nowego roku, pełnego sukcesów, pozytywnych myśli i nowych marzeń. Mam ochotę podzielić się z Wami kawałeczkiem mojej rzeczywistości. A więc "Dmitry" to inspiracja moimi studiami. Studiuję filologię rosyjską i filologię angielską na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Jest spoko. Najczęściej właśnie temu zawdzięczacie tak krótkie rozdziały. Bardzo za to przepraszam. Muszę, naprawdę muszę się pochwalić prezentem, który dostałam na gwiazdkę od mojego chłopaka. Mam nadzieję, że jesteście równie zadowoleni ze swoich prezentów, ale co ważniejsze, z tegorocznej atmosfery. Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję za wszystkie komentarze. Wiele dla mnie znaczą. Wszystkiego dobrego dla Waszych bliskich!





poniedziałek, 14 grudnia 2015

07.

Czuła ciepło. Miała pod głową z milion poduszek. Przytuliła policzek do miękkiej, cudownie pachnącej kołdry. Zapach był zmysłowy, lekki, męski. Męski. Otworzyła oczy i gwałtownie podniosła się do pozycji siedzącej. Rozejrzała się po pomieszczeniu, ale niewiele widziała, bo była noc. W najbliższym otoczeniu zobaczyła szklankę z wodą i kubek z czymś niezidentyfikowanym. Chwyciła go w dłoń i powąchała. Kakao. Przy dużym, wygodnym łóżku stały jej buty. Wtedy zorientowała się, że jest w skarpetkach. Na szczęście nie została pozbawiona niczego poza butami. Zachodziła w głowę gdzie mogła się znajdować, aż zobaczyła w kącie głęboki fotel, na którym drzemał Nathaniel Ross. Hermiona automatycznie się zaczerwieniła, to była beznadziejna sytuacja i należało natychmiast uciec z pomieszczenia. Chwyciła buty w rękę, wzięła łyk pysznego kakao i ruszyła powoli do wyjścia.
          - Hermiona? - usłyszała lekko zachrypnięty, zaspany głos profesora. Dziewczyna odwróciła się w jego stronę. Wstał i zbliżył się do niej. Nie miał na sobie tego eleganckiego stroju, a zamiast tego spodnie dresowe i zwykły t-shirt. Stał przed nią boso z potarganymi włosami. Wyglądał bardzo seksownie.
              - Dziękuję, profesorze. Pójdę już... - powiedziała cicho.
            - Zostań do rana, jest środek nocy - mruknął sennie. Oczy miał lekko przymknięte. Hermiona rozważyła przez sekundę czy nie zostać i poprosić, żeby położył się z nią, ale miała jeszcze odrobinę rozumu.
              - Nie, nie mogę...
              - To chociaż cię odprowadzę - zaproponował, rozejrzał się w poszukiwaniu skarpetek.
              - Dobranoc, profesorze - powiedziała stanowczo i po chwili już jej nie było.

Szła korytarzem. Trochę się bała. Nie kogoś konkretnego, ale jednak znajdowała się w starym zamku pełnym duchów, o porze, w której wszyscy żywi już spali. Uświadomiła sobie, że nie ma swojej torby ani różdżki w kieszeni. Nie mogła się już cofnąć, trudno. Nagle ciszę rozdarł przeszywający krzyk. Hermiona prawie podskoczyła ze strachu. Dźwięk dobiegł z korytarza obok. Dziewczyna szła w tę stronę, z bijącym szybko sercem, które chwilę potem przeraźliwie ją zabolało, bo usłyszała rozpaczliwy płacz. Głośność płaczu doprowadziła ją do łazienki prefektów. Bez zastanowienia weszła do środka, drzwi nie były nawet zamknięte. Obezwładnił ją odór alkoholu. Woda spływała z głośnym szumem, do wielkiej wanny przypominającej mały basen, w której siedział całkowicie ubrany Draco Malfoy.
              - Malfoy? - Hermiona było zdziwiona takim widokiem. Chłopak przestał na sekundę płakać, ale miejsce rozpaczy zajął gniew.
           - Będziesz świadkiem, Granger! - krzyknął Draco. Jego ton był tak dramatycznie autentyczny, że Hermionę wmurowało w podłogę. Świadkiem czego? Miała paskudne przeczucie. Malfoy bez ostrzeżenia zsunął się w dół po ścianie wanny.
             - Nie! - wyrwało się z jej ust, nim zdążyła pomyśleć o czymkolwiek. Bez wahania dobiegła do chłopaka. Zanurzyła ramię, mocząc sweter, złapała go za koszulkę i z całej siły ciągnęła go w górę. Gdy tyko udało jej się wyciągnąć Dracona po barki, uparła brutalnie jego głowę o brzeg basenu. Nie stawiał się, był pijany.
                 - Nie, wolę sam się zapierdolić! - wrzasnął z potwornym wyrzutem.
               - Draco, opanuj się! - krzyknęła drżącym głosem. Malfoy nie miał takiego zamiaru, cały czas zawodził, machał rękoma rozchlapując wszędzie wodę.
                - DRACO! - w bezsilności wymierzyła mu cios z otwartej dłoni w policzek. Chłopak w całej swojej wściekłości złapał ją za sweter i wrzucił do wody. Hermiona wynurzyła się po chwili. Wszystkie ubrania były na niej ciężkie, na szczęście buty zostawiła przy brzegu. Odkaszlnęła i przerzuciła palcami mokre włosy do tyłu. Woda była lodowata, nie miała pojęcia jak Malfoy mógł w niej wytrzymać dłużej niż kilka sekund. Widocznie alkohol rozgrzał go do takiego stopnia.
              - Cokolwiek myślisz, jest inne wyjście - spróbowała załatwić to dyplomatycznie. Draco wyszarpnął z kieszeni różdżkę i wycelował w nią. Hermiona gwałtownie wycofała się i uniosła otwarte dłonie na poziomie klatki piersiowej w geście obronnym.
                - Lubisz się uczyć, prawda? - jęknął, nie spuszczając z niej różdżki. Jego ręka się trzęsła. - Transmutacji, historii magii, mugolo-tfu-znastwa.
Hermiona patrzyła na niego niepewnie. Opuściła ręce. Spróbowała się uspokoić. Miała ochotę wyjść i się ogrzać, uciec stamtąd, może nawet do Rossa, gdzie czekało ciepłe łóżko, bezpieczeństwo i, przede wszystkim, jej różdżka.
                - Wiesz czego ja muszę się nauczyć? - z jego oczu znowu pociekły łzy, usta wykrzywił grymas, na czole pojawiły się charakterystyczne zmarszczki, palce zacisnęły się mocniej na różdżce. Serce Hermiony stanęło. - Zabijania.
                - Przykro mi - powiedziała cicho, nieobecnym głosem. Usta jej zsiniały, krople wody spływały po czole, włosach. Oddech był bardzo szybki, choć nie czuła jakby do jej płuc dostawało się jakiekolwiek powietrze. Jej ciało i umysł przeżywały szok. - Przykro mi...
                - Co ty możesz wiedzieć... - syknął. Był rozgrzany od alkoholu, nie trząsł się z zimna, jak Hermiona.  - Pani prefekt, Gryfonka, członkini Zakonu Feniksa - ostatnie słowa wymówił ze złością - a do tego przyjaciółka Harry'ego Pottera!
Wykrzyczał imię i nazwisko Gryfona. Już się trząsł, ale ze złości. Wycelował w kran, który znajdował się za nią i sprawił, że eksplodował. Hermiona zamknęła oczy i zacisnęła pięści. "Gdyby chciał mnie zabić, już by to zrobił", powtarzała sobie w myślach, by się uspokoić.
               - Idealne oceny, wygrałaś pojedynek z Draco Malfoy'em, ulubienica profesora... na pewno wszyscy są z ciebie dumni. Kochasz to co robisz, a inni to popierają. A wiesz kiedy ze mnie są dumni? - Malfoy spojrzał na nią smutnymi oczami. Uspokoił i uciszył ton głosu. Wyglądał, jakby stracił nadzieje na cokolwiek dobrego. Dziewczynie zrobiło się strasznie żal.        
              - Kiedy robię wszystko to czego nie chcę. Kiedy... - głos mu zadrżał, do oczu napłynęły łzy - ...kiedy dobrzy ludzie źle na mnie patrzą.
Jego słowa wybrzmiały do końca w idealnej akustyce pomieszczenia. Hermiona poczuła jak cała jej twarda maska, za którą chowała się wrażliwa dziewczyna, zaczyna pękać. Patrzyła na niego zaszklonym oczami, bojąc się odezwać. 
                 - Nie wiesz jak to jest być rozczarowaniem! - warknął i różdżka znowu uniosła się na wysokość jej szyi. - I ja też więcej nim nie będę.
Hermiona wiedziała, że to zaraz nastąpi. Widziała determinację w jego oczach, szaleńczy zapał, beznadziejną ideę. Nie mogła na to pozwolić.
               - Nie, stój! - krzyknęła spanikowana, robiąc krok w jego stronę. - Wiem! Wiem, Draco...
Ale nie wiedziała, a przynajmniej nie w takim stopniu jak zastraszony blondyn. Zrozumiała wszystko. To nie były jego wybory. Żyjąc w rodzinie Malfoy'ów nie można być sobą, nie można się buntować, a na pewno nie okazywać uczuć. Każda wypowiedziana "szlama" w jego świadomości zasługiwała na pochwałę, której pragnął. 
                - Moi przyjaciele mogą zginąć w każdej chwili. Potrzebują mnie jak nigdy wcześniej, ale jestem tutaj, bo stchórzyłam. Łudzę się, że próbuję im pomóc, ale nie robię nic. Jestem bezsilna. Harry mnie rozumie, ale dla Rona jestem największym rozczarowaniem ostatnich lat. Nie chce mieć ze mną nic wspólnego. I zasługuję na to. Wszyscy wymagali ode mnie poświęcenia, którego się nie podjęłam, bo jestem słaba. A ty nie mogłeś zabić Dumbledore'a nie dla tego, że zabrakło ci odwagi, ale dlatego, że to wbrew twojej naturze. I sam to wiesz.
Różdżka Draco powoli opadała, kiedy Hermiona ostrożnie zbliżała się do niego.
                - Draco, proszę... - powiedziała spokojnie. - Nikt nie patrzy na ciebie źle. Wszyscy chcą ci pomóc.
Wyciągnęła niepewnie dłoń w jego stronę. Nie spuszczała wzroku z jego oczu, szukając w nich zgody na ingerencję w jego prywatność. Położyła dłoń na jego przedramieniu i z delikatnym oporem opuszczała rękę, w której trzymał różdżkę.
                 - Wyglądasz jakbyś była martwa - powiedział po chwili ciszy. Wpatrywał się w nią jak w obraz. Mokre włosy zaczesane do tyłu, blada skóra, sine usta, duże, lekko zlęknione, zamglone oczy, kości policzkowe, które z wiekiem robiły się coraz bardziej wyraziste. - Jak marmurowy pomnik. Piękna.
Hermiona była pewna, że Draco musi położyć się spać i wytrzeźwieć. Puściła jego rękę.
                   - Chodź do łóżka - powiedziała spokojnie.
                - Chyba zasnę tutaj - odparł cicho i zamknął oczy. Dziewczynę zszokowało to jak szybko się uspokoił. 
                   - Chodź, odprowadzę cię... - wyszła z basenu i niechętnie podała mu dłoń.

wtorek, 8 grudnia 2015

06.

Mijały kolejne tygodnie w Hogwarcie. Kolejny miesiąc bez wieści od Harry'ego i Rona. Ginny także nie miała żadnych informacji. Kończył się październik. Noc duchów. Hermiona nie znała hasła do gabinetu McGonagall, ale na swoje szczęście, w drodze na śniadanie spotkała Hannę Abott. Dziewczyna wciąż była wdzięczna Hermionie, za oddanie funkcji prefekta naczelnego, więc z pełnym zaufaniem i wielkim uśmiechem podzieliła się potrzebną wiedzą.

- Prawa Gampa - wypowiedziała, patrząc z lękiem na duży, ciemny pomnik chimery. Zwierzę przesunęło się w prawo. Hermiona weszła na kręte schody i poczuła jak stopnie szybko się ruszają. Zatrzymała się tuż przed imponującymi drzwiami. Zapukała.
- Proszę - usłyszała sztywny ton głosu McGonagall. Otworzyła drzwi i przekroczyła próg.
- Dzień dobry - powiedziała cicho. Profesor wyglądała na bardzo spiętą. Wypełniała jakieś papiery i tylko na chwilę zerknęła na Hermionę. - Przeszkadzam?
- Nie... - McGonagall w końcu poderwała głowę do góry, by z nią porozmawiać. - Witaj, Hermiono. Co się stało?
Dziewczyna spojrzała na portret należący do Albusa Dumbledore'a, jednak poprzedniego dyrektora w nim nie było.
- Chodzi o Harry'ego i Rona, o zakon... - zaczęła niepewnie. Nie musiała nic więcej dodawać. McGonagall spojrzała na nią i westchnęła głośno. Potarła czoło brzegiem dłoni.
- W zeszły wtorek, William Weasley znalazł na parapecie małą, wymęczoną płomykówkę... - Hermiona wstrzymała oddech. - ...z karteczką, o treści "żyjemy".
Cały ciężar z dwóch miesięcy jakby nagle opadł z jej ramion. Przymknęła oczy i na moment schowała twarz w dłonie, oddychając głęboko.
- Dziękuję...- szepnęła do niej, do siebie, do przyjaciół.
- Jeśli jednak chodzi o zakon, dzisiejszej nocy ponieśliśmy stratę - oczy McGonagall złagodniały, a te Hermiony zaszły mgłą. Twarz jej skamieniała. Wszystko dookoła nagle zwolniło. Takich momentów było wiele w jej życiu. Tak jak w życiu wszystkich, biorących czynny udział w walce dobra ze złem.
- Kto? - nie mogła powstrzymać głosu od drżenia. Za sekundę jedna osoba zgaśnie na zawsze w jej rzeczywistości. Pozostanie tylko cieniem, przeszłością. Jedno pytanie. "Kto?".
- Hestia Jones.
Hermiona spuściła wzrok i pokiwała głową. Nie miała już nic do powiedzenia. Widziała Hestię dwa razy w życiu, ale ostatni raz całkiem niedawno. Na ślubie Billa i Fleur. Była ładną, bystrą, a przede wszystkim dobrą kobietą. Śmierć dobrych ludzi zawsze boli. Wychodząc z gabinetu, Hermiona zatrzymała łzy w środku.


Ubrała się ciepło. Opuściła zamek i usiadła przy jeziorze, od którego strasznie wiało chłodem. Wyciągnęła z torby pióro, kałamarz, kawałek pergaminu i podręcznik, na którym mogła ten pergamin położyć. Nie wiedziała co chce napisać. Było jej po prostu źle.
"Państwo Weasley". Napisała drobnymi, pochyłymi literami. Właściwie, jeśli miała pisać do kogoś z zakonu, wybrałaby Remusa Lupina, ale Molly i Artur mieli szybszy kontakt z Billem, do którego doszedł "list". Wahała się przez chwilę.
- I co dalej, Granger?
Hermiona zamknęła oczy. Ten oślizgły drań ją prześladował, a teraz bezczelnie patrzył jej przez ramię. Odwróciła się patrząc na niego z furią w oczach.
- Chyba nie chcesz pytać o stan zdrowia twojego byłego... -  zagadał z kpiną w głosie. - O tak, plotki szybko się rozchodzą. Nawet kłamstwa, takie jak choroba Weasley'a.
Napierał na nią wzrokiem, wyczekując jakiejkolwiek oznaki, że ma rację. Wiedział, że Weasley i Potter odwalają w tym momencie ważną robotę. Informacje o ich poczynaniach były by bardzo docenione przez Czarnego Pana. Jednak w spojrzeniu Hermiony nie było nic, poza lodem. Żadnych podpowiedzi.
- Marne zwycięstwo śmierciożerców i wróciła siła do udawania twardego, hm? - mruknęła pogardliwie. Malfoy'a zabolał ten przytyk do jego stan sprzed kilku dni. Czuł się potwornie przez ostatnie tygodnie. Na lekcjach zasypiał, bo w nocy dręczyły go myśli. Zaczerwienione oczy, potargane włosy i nieobecny wzrok, taki był Draco. Hermiona raz w zapomnieniu, mając w pamięci jego łzy, rzuciła do niego na przerwie "porozmawiaj z kimś, może ze Snape'em", jakby byli zwykłymi kolegami ze szkoły. Draco wtedy spojrzał na nią z ogromnym zdziwieniem, wydawało mu się, że się przesłyszał, spytał "co?". Dziewczyna tylko pokręciła głową. "Nic".
Teraz Malfoy patrzył na nią z wściekłością, ale tym razem także nie wiedział o co jej chodzi. Nie słyszał jeszcze o nocnej akcji.
- O czym znowu bredzisz, Granger? - zamrugał kilkakrotnie oczami. Dlaczego ona wiedziała, a on nie?
- Hestia Jones, Malfoy - warknęła. Draco ustąpił. Spuścił wzrok. Od czasu Dumbledore'a, wszystkie śmierci niewinnych ludzi powodowały u niego mieszane uczucia. - Odsuń się.
Chciała przejść, ale Malfoy zagrodził jej drogę.
- Nie zabiłem jej - powiedział podniesionym głosem, z wściekłością. Hermiona zaśmiała się pogardliwie - Nie jetem mordercą.
Dziewczyna nie mogła tego słuchać, gwałtownie chwyciła go za lewe przedramię i szarpnęła w mocnym uścisku.
- Nosisz ten żałosny znak, Draco! - rzuciła rozzłoszczona do granic możliwości. - To oznacza, że popierasz mordowanie.
Puściła go i ruszyła w stronę zamku, ale blondyn złapał ją mocno za oba przeguby.
- Słuchaj, no... - warknął. Próbowała się wyszarpnąć, Draco wbił palce jeszcze mocniej w jej skórę. Zdusiła w sobie jęk bólu - Nic nie wiesz o mnie i o mojej rodzinie.
Mówił spokojnym głosem. Mógł sobie na to pozwolić, kiedy całą agresję uwalniał zaciskając się mocniej na niej. Jej spojrzenie powinno go zabić.
- Nie obchodzi mnie twoja rodzina, ani tym bardziej ty. Jest wiele lepszych osób o które warto się troszczyć i chronić przed takimi jak wy. Nie jesteś mordercą - przyznała równie spokojnie, choć głos drżał jej ze złości. - Ciekawe jak długo możesz zostać czysty, zanim zabiją ciebie.
Wyrwała się i odepchnęła go, bo wciąż nie chciał ustąpić. W drodze do zamku rozcierała nadgarstki, które piekielnie ją bolały.

Była północ. Siedziała w łóżku przykryta ciepłą kołdrą, tylko dłonie trzymała splecione pod głową. Była potwornie zmęczona, ale nie mogła spać. Patrzyła w sufit i nie mogła zrozumieć jak wszystko mogło się tak potoczyć. Jej rodzice o niczym nie wiedzieli, dosłownie o niczym, choć bardzo chciałaby zwierzyć się matce. Nie mogła jej powiedzieć, że żałuje, iż nie wysłała ich do Australii, żeby wiedli beztroskie życie, podczas gdy ona ratuje świat czarodziejów. Nie mogła powiedzieć, że wolałaby poświęcić rodzinę. Bo to nieprawda, nie chciała tego. Więc skoro to wiedziała, dlaczego czuła się tak kurewsko źle? Dla niej rodzice byli najważniejszymi osobami na świecie, ale tak wiele ludzi trzeba uratować... 

Dochodziła pierwsza w nocy, ale Draco wciąż siedział w pokoju wspólnym. Kazał Balise'owi po prostu iść spać i zostawić go samego. Młody Malfoy usiadł w swoim fotelu i założył nogę na nogę. Spotkanie z Hermioną nie dawało mu spokoju. Wolałby, żeby się go bała, ale ona nie pokazała nawet cienia strachu. Zamiast tego ciągle na niego krzyczała, wyładowywała się na nim, nie bała się zacisnąć palców na mrocznym znaku. Chciała, żeby go zabolało. Zachowywała się dokładnie jak on, i to najbardziej go zszokowało. Jednak musiał przyznać sam przed sobą, że nikt do tej pory mu się tak nie przeciwstawił i nie dotknął tak głęboko jego uczuć. "Ciekawe jak długo możesz zostać czysty, zanim zabiją ciebie", ciekawe czy Hermiona wiedziała ile miała racji w tym co powiedziała. Przez to wszystko co powiedziała, zatęsknił za matką i za tą całą nadzieją, którą niosły jej słowa. Niestety, tylko słowa. Sama była przykładem bezsilności, a Draco nienawidził być bezsilnym.

"Kochani rodzice,

wszystko w porządku, niczego nie potrzebuję. Czuję się trochę samotna, kiedy nie ma Harry'ego i Rona. Rzadko mam okazję szczerze z kimś porozmawiać. Z nauką radzę sobie dobrze, na razie nie ma dużo pracy. Czekam ze zniecierpliwieniem na nasze święta. Bardzo tęsknię. Dajcie znać czy wszystko dobrze.

Kocham, Hermiona"

Dziewczyna poważnie zaczęła rozważać czy w drugiej części ferii, nie włączy się w poszukiwanie horkruksów. 

"Najdroższa Matko, 

Piszę do Ciebie i mam nadzieję, że tym razem odpiszesz mi prawdziwa Ty, a nie ojciec. Pragnę by to wszystko się skończyło. Nie martw się, nie pozwolę Cię skrzywdzić. Ja też się boję. Spróbuj jak najbardziej przyśpieszyć wszystko. Niech wybuchnie i zakończy się wojna, a wtedy uciekniemy razem. Obiecuję. 

D.M."

Draco musiał wysłać list słudze Narcyzy. Jej przyjacielowi nieczystej krwi, któremu z pewnością potajemnie ułatwiała lata niewoli. To co napisał nie mogło trafić do nikogo innego poza tą dwójką. Inaczej mogliby zginąć. Dotarło do niego co ma zrobić. Musi oddać Pottera w ręce Czarnego Pana.

Hermiona nie poszła na śniadanie, bo przez brak snu jej organizm nie mógłby przyjąć posiłku. Ten dzień był paskudny, a zmęczenie dawało się we znaki. Jak zombie wlokła się z klasy do klasy, a kiedy już do niej dotarła, musiała wkładać wiele wysiłku, żeby utrzymać oczy otwarte. Na ostatnich zajęciach, eliksirach, była już rozdrażniona przez to zmęczenie. Zaczęli tego dnia eliksir, o ironio, słodkiego snu. Hermiona stała nad swoim kociołkiem i pocierała powieki palcami, często mrugała, żeby nie tracić ostrości widzenia. Zobaczyła wśród książek Parvati egzemplarz proroka codziennego. Zaskoczenie trochę ją ożywiło.
- Od kiedy prenumerujesz proroka? - spytała cicho, by Ross nie usłyszał. 
- Jest tam dzisiaj artykuł mojej cioci - szepnęła z podnieceniem. - Polecam.
- Mogę na chwilę? Nie było mnie na śniadaniu - poprosiła. Sowa powinna jej przynieść dzisiejszy numer. Będzie musiała go odebrać z wielkiej sali. Parvati podała jej gazetę. Hermiona nie zdążyła nawet na nią zerknąć, bo Ross akurat przechodził obok jej ławki. Odłożyła proroka na puste miejsce obok siebie i znów spojrzała na swój kiepski eliksir. 
- Granger - usłyszała irytujący szept za swoimi plecami. Dopiero wtedy zauważyła, że Draco i Blaise siedzieli za nią. Próbowała ignorować ślizgona, ale kiedy klepnął ją lekko w ramię, przez co zamiast dodać dwie krople śluzu gumochłona, cała fiolka wpadła do oleistej cieszy, ogarnęła ją frustracja. Z kociołka buchnęło niepokojącą parą.Odwróciła się minimalnie w jego stronę. 
- Masz czekać na mnie po lekcji - jego ton zabrzmiał jak groźba, Hermiona spojrzała na niego morderczym wzrokiem.
- Słucham? - wycedziła po chwili. Draco wyglądał, jakby nie miał pojęcia czego Hermiona mogła nie zrozumieć. - Odwal się, Malfoy.
Odwróciła się z powrotem do swojego kociołka. Poczuła gwałtowne szarpnięcie. Draco złapał ją za ramię i odwrócił Hermionę przodem do siebie. Ta chwyciła to co miała pod ręką, a była to gazeta. Trzepnęła go w szyję i gazeta spadła na jego ławkę.
- Nie rób tak, nigdy więcej - powiedziała spokojnie. Wkurzało ją, że Malfoy jest tak niedelikatny i pozwala sobie na szarpanie i szturchanie jej. Na nadgarstku miała siniaki po sytuacji z poprzedniego dnia. Oboje spojrzeli na gazetę. Na odwrocie proroka codziennego widniał nekrolog. Wielki napis "Hestia Jones" uderzył w nią jak wiadro lodowatej wody. Spojrzała przed siebie i patrzyła jak Malfoy czyta. Sekundę później chłopak podniósł głowę i ich spojrzenia się spotkały. Mierzyli się wzrokiem przez chwilę. Hermionie wydawało się, że w jego oczach zobaczyła smutek, ale to nie miało znaczenia. Zabrała Proroka Codziennego i bez słowa wróciła do swojego beznadziejnego eliksiru. 
- Panno Granger, proszę zostać po lekcji - usłyszała parę minut później, gdy zajęcia dobiegały końca. 
Dziewczynie nie bardzo to odpowiadało. Jedyne czego chciała to iść do łóżka, żeby się przespać. Kiedy wszyscy wyszli, podeszła do biurka profesora. 
- Hermiono... wszystko w porządku? - Nathaniel spojrzał na nią zaniepokojony. - Martwię się o ciebie.
Dziewczyna była zwyczajnie zaskoczona.
- Tak, po prostu nie spałam najlepiej. 
- Ja też nie. Pełnia - uśmiechnął się nieśmiało. Hermiona, chcąc nie chcąc, wyobraziła sobie profesora, jak leży półnagi w swoim łóżku i próbuje zasnąć. Gdyby zmęczenie jej nie otępiło, na pewno zaczerwieniłaby się w tym momencie. Zamiast tego spuściła wzrok i uśmiechnęła się dyskretnie. - Gdybym wiedział, że nie śpisz, moglibyśmy pójść na błonia. Jezioro wygląda nocą fantastycznie.
"Na Godryka, co on bredzi?", pomyślała Hermiona i w duchu się zaśmiała. Miała nadzieję, że to tylko niewinne żarty.
- Czy to clue tego małego spotkania? - spytała niepewnie. Ross uśmiechnął się, ale zaraz potem spoważniał.
- Nie - delikatnie chwycił ją za dłoń, a Hermionie żołądek podszedł do gardła. Nie było to jednak żadne miłosne wyznanie. Wyciągnął jej rękę bliżej siebie i musnął palcem siniaki. Spojrzał na nią pytająco.
- Nic takiego - odpowiedziała na niewerbalne pytanie. 
- Kto ci to zrobił? - spytał poważnym tonem. Hermiona pokręciła głową.
- Już nieistotne. Radzę sobie - powiedziała przekonująco. Je zielone oczy wwiercały się w nią.
- Jeśli jeszcze raz zobaczę coś takiego, nielegalnie podam ci Veritaserum i dowiem się, kto cię skrzywdził - powiedział bardzo stanowczo. - Jestem na każde twoje zawołanie.
Hermionie zmiękły kolana. Jedno było pewne, Lavender by ją zabiła.
- Miejmy nadzieję, że to nie będzie konieczne - odparła wymijająco. Cofnęła niepewnie rękę. - Dziękuję.

Wyszła z sali i nie wiedziała co o tym myśleć. Poczuła się nagle dziwnie bezpiecznie, ale też tak, jakby robiła coś złego. Może po prostu Ross ją bardzo lubił. Tak zwyczajnie, platonicznie. Poczuła, że teraz może zasnąć spokojnie. Była bardzo słaba, nie jadła od obiadu poprzedniego dnia, choć dochodziła już siedemnasta.
- Chodź ze mną - usłyszała chłodny ton przy swoim uchu. 
- Nie - powiedziała i nawet nie uraczyła go spojrzeniem. Malfoy znowu złapał ją za rękę i zaczął ciągnąć w boczny korytarz. 
- To nie była prośba - Draco za wszelką cenę usiłował znaleźć się z nią sam na sam.
- Malfoy, przestań! - krzyknęła rozwścieczona. Jej krzyk poniósł się echem przez cały korytarz. Wyrwała mu rękę i puściła się biegiem w drugą stronę. Złapał ją, wykręcił rękę i przycisnął do ściany. 
- Uspokój się, Granger - powiedział, przyciskając ją swoim ciałem. 
- Nie możesz mnie tak traktować - odparła spokojniejszym tonem. - Jak tak dalej pójdzie, zaczniesz mnie zwyczajnie bić.
- Przestań... nie biję kobiet - opowiedział zniesmaczonym tonem. Zwolnił ucisk, żeby nie robić jej więcej krzywdy.
- Po co, od czego jest cruciatus?  - spytała retorycznie i odwróciła się do niego przodem. 
- Koniec tych żartów. To, że nie wykręcam ci ręki, nie znaczy, że możesz odejść.
- Daj mi spokój, dobra? - warknęła.
- Musisz mi powiedzieć gdzie jest Potter.
- Odwal się - powiedziała wściekła. Odepchnęła go od siebie, ale to przyniosło jeszcze gorszy skutek. Malfoy złapał ją za nadgarstki i ponownie przygwoździł do ściany.
- Puść mnie! Mówię poważnie, Draco, puść! - Malfoy wyciągnął z kieszeni fiolkę i siłą wlał zawartość do jej ust. Dziewczyna zakrztusiła się.
- Co to jest?! - krzyknęła przerażona.
- Eliksir słodkiego snu. Nie możesz się tak stawiać.
- Co? Zostaw... - usłyszała kroki, szybkie, to był bieg. Poczuła się bardzo słabo.
- MUSZĘ to wiedzieć - powiedział zdesperowany i ścisnął jej nadgarstki mocniej. Nie miała już siły. Pragnęła wróć do łóżka natychmiast. Kolana się pod nią ugięły, mimowolnie zamknęła oczy.
Ucisk ustąpił. Prawie osunęła się po ścianie, ale udało jej się utrzymać na nogach. Spojrzała na to co się dzieje i zobaczyła Rossa, który chował różdżkę.
- Szlaban do końca semestru, Malfoy - wycedził i ruszył w stronę Hermiony, wyciągając do niej rękę. Draco kiedy tylko podniósł się z podłogi, posłał mu nienawistne spojrzenie, odwrócił się i po prostu odszedł.
- Obejmij mnie - nauczyciel podszedł do Hermiony i położył jej dłoń na plecach. Zorientowała się, że chce ją wziąć na ręce. Pokręciła głową.
- Nie, nie... - wymamrotała. - Muszę dojść do dormitorium. Zasypiam. 
Zrobiła chwiejny krok w jakimkolwiek kierunku, byleby stamtąd odejść. 
- Chodź, proszę. Nie dojdziesz sama - powiedział opiekuńczym tonem i asekuracyjnie stanął bardzo blisko. 
- Nie, nie mogę - chciała zabrzmieć stanowczo, ale z jej ust wyszedł słaby jęk, zanim upadła na tors nauczyciela.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

05.

- Gdzie idziesz? - Ginny zaczepiła Hermionę, przy wyjściu z zamku. Był przepiękny, słoneczny dzień. Tak niespodziewany jak miłosierdzie w domu Malfoy'ów. Ruda dziewczyna miała miotłę przerzuconą przez ramię.
- Tak się przechadzam - Hermiona uśmiechnęła się i spojrzała ciepło na Ginny. Obie trochę stęskniły się za swoim towarzystwem, które rozbrzmiewało wspomnieniem bardziej beztroskiego lata, kiedy wszyscy byli bezpieczni razem w Norze.
- Chcesz spróbować? - spytała Ginny, patrząc znacząco na swoją błyskawicę. Dostała ją za bardzo dobre wyniki SUM-ów. Starsza Gryfonka z powątpiewaniem zmarszczyła brwi. Mimo to ruszyła z nią ramię w ramię w stronę boiska.
- Zobaczymy.

- Na Merlina, Hermiono! Umawiałaś się z szukającym narodowej reprezentacji Quidditcha, a nigdy nie siedziałaś na miotle? Co z tobą?
- Siedziałam w pierwszej klasie - zaznaczyła głośno. Prawda była tak, że rzadko podejmowała się rzeczy, do których nie miała predyspozycji. Chwyciła trzon miotły i poczuła przyjemny przepływ magii, podobny do tego gdy brała do ręki różdżkę po długim nieużywaniu. Przerzuciła nogę na drugą stronę i odetchnęła. - Rzeczywiście, przyjemnie się siedzi...
Ginny spojrzała na nią z politowaniem. Mierzyły się wzrokiem. Hermiona głupkowato wyczekiwała, że Ginny powie, że wystarczająco długo sobie posiedziała, a Ginny z kolei miała nadzieję, że Hermiona w końcu wzbije się w powietrze.
- Nie mów mi, że to cię przerasta - odezwała się w końcu.
Hermiona uniosła brew.
- Dobrze, dam ci tę satysfakcję. Udam, że nie widzę tej próby manipulacji i po prostu się jej poddam - Hermiona, ukrywając swój lęk, odepchnęła się od ziemi.
- Pięknie, a teraz leć - Ginny uśmiechnęła się uroczo. - Słuchaj się kapitana.
"Nie mam nic do stracenia", ta myśl towarzyszyła Granger, gdy z impetem poderwała się do góry i co raz szybciej i szybciej, wyżej i wyżej, leciała przed siebie. Gdy tylko udało jej się opanować strach związany z lądowaniem, które niedługo ją czeka, było jej bardzo dobrze. Nie odważyła się jeszcze spojrzeć w dół. Leciała wzdłuż zamku. Przez stare okna widziała uczniów, ale też gabinety nauczycieli. Lekko się przestraszyła, gdy zobaczyła McGonagall. Niestety profesor także ją zauważyła. Wyglądała na bardzo zdziwioną. Przelatując obok okna profesora Rossa, Hermiona prawie zleciała z miotły. Na szczęście nikt tego nie widział.

- I jak? - spytała Ginny, gdy Hermiona w końcu wylądowała niezdarnie na ziemi. Dziewczyna miała nogi jak z waty, ale na jej twarzy wreszcie zagościł szczery uśmiech.
- Cudownie.
Ginny roześmiała się i pokiwała głową, patrząc na nią z zabawną wyższością.
- Wzięłabym cię do drużyny, ale mam już komplet...
- Przezabawne - mruknęła irocznie, ale zaśmiała się po chwili. - Cudowne... musisz mi pożyczać ją czasami.
Wskazała na miotłę.
- Spokojnie, Hermiono. Jeszcze nie upadłam na głowę.

Draco wyglądał na zdenerwowanego. Zaciśnięte usta, zmarszczone brwi. Siedział w pokoju wspólnym Ślizgonów i patrzył jak Pansy pisze za niego wypracowanie dla Snape'a. Blaise wyszedł z dormitorium i uśmiechnął się, kiedy zobaczył tę sytuację.
 Draco nie miał ochoty na rozmowę z nim. Wstał.
- Hej, dokąd to? - Zabini usiadł obok i powstrzymał się przed ściągnięciem przyjaciela za ramię, z powrotem na kanapę. Na pewno nie spodobałoby się to blondynowi.
- Czekam na ważny list - odpowiedział krótko. Zaczął zmierzać w stronę wyjścia, z zamiarem pójścia na wieżę astronomiczną.
- Od pana Malfoy'a? - Zabiniemu błysnęły oczy. Odkąd Zabini zaczął szkolenie, by móc w przyszłym roku zostać śmierciożercą, podniecała go każda wzmianka o Czarnym Panie, Lucjuszu Malfoy'u, Bellatrix Lestrange... Przestał nazywać Lucjusza ojcem Draco, teraz mówił tylko "pan Lucjusz Malfoy", nie szczędząc podziwu w głosie.
- Skończ pierdolić - Draco opuścił pokój wspólny. Blaise nie rozumiał niczego.

Lavender od paru dni była beznadziejnie obrażona na Hermionę. Gdy ta pojawiała się w pobliżu, Brown prychała i ją ignorowała. Bardziej dziecinnego zachowania nie dałoby się znaleźć nawet wśród pierwszorocznych.
- Hermiono - rzekła wreszcie, w tamtą piękną, słoneczną sobotę. Hermiona spojrzała na nią zaskoczona. - Gdzie jest Ron?
Granger osłupiała.
- Ee... Lavender - zaczęła powoli, cały czas myśląc co jej powiedzieć. Nikt, ale to nikt nie mógł się dowiedzieć o wyprawie Harry'ego i Rona, nawet Gryfoni, a w szczególności Lavender, która lubi dużo mówić. Dziewczyna miała wrażenie, a nawet pewność, że w tej sprawie może ufać tylko Ginny i McGonagall. Postanowiła podać jej wersję, którą zna Ministerstwo - Nie mam pojęcia, szczerze. Chyba jest chory na coś poważnego. Nie wiem.
- Nie wiesz? Czyli serio cię rzucił? - Lavender zapytała z lekką satysfakcją w głosie. Hermiona wbiła w nią tępe spojrzenie, była skonfundowana.
- Rzucił? - spytała kpiąco. - My nie byliśmy razem, przecież.
- O, proszę cię! Przynajmniej tego się nie wypieraj.
- Nigdy nie byliśmy razem i nie jesteśmy - Hermiona odetchnęła cicho. To nie była w zasadzie prawda. To co łączyło ją z Ronem nie było zwykłą przyjaźnią. Nie było jednak sensu tego roztrząsać, bo cokolwiek miałoby to być, już się skończyło.
- A Wiktor Krum?
- A Wiktor Krum? - powtórzyła, lekko poirytowana. - Co to za przesłuchanie?
- Jak ty to robisz?! - Lavender wybuchła, a Hermiona instynktownie przybliżyła się do drzwi. - Zawsze zakręcisz w okół siebie tych najlepszych facetów! Krum, Ron, teraz Ross - Hermiona musiałaby się głęboko zastanowić, czy rzeczywiście Ron wpisuje się w ten kanon. - Przecież ja jestem ładniejsza!
Hermiona spojrzała na nią z dezaprobatą. To było bardzo niemiłe.
- Muszę lecieć - zmyła się z dormitorium czym prędzej.

Szła w stronę wieży astronomicznej. Listy, listy, listy. Może akurat, pomyślała. Już nie wiedziała co ma robić. Miała nadzieję na chociaż malutki świstek pergaminu z inicjałami Harry'ego, aby wiedziała, że jest w porządku. Bardzo chciałaby, cokolwiek. Była z pięć metrów od wejścia na wieżę i ku jej wielkiemu zdumieniu ze środka, jak ekspres, wyleciał Draco Malfoy. Hermiona nie mogła pozbyć się wrażenia, że płakał. Dziewczyna weszła do otwartego pomieszczenia i zobaczyła na podłodze pergamin. Uklękła przy nim. Zanim przypomniała sobie, że czytanie cudzych listów nie jest w jej stylu, zdążyła zobaczyć podpis "N.Malfoy". Zwalczyła ciekawość i nie dowiedziała się jakie informacje wprowadziły Dracona w taki stan.
- Granger! - wrzasnął przeraźliwie blondyn, który wrócił po swój list. Hermionie serce podeszło do gardła. Spojrzał na nią z furią w oczach. Porwał list z podłogi i zrobił dwa szybkie kroki w jej stronę. Dziewczyna była pewna, że zaraz podniesie na nią rękę. Nie odsunęła się, bo cała zesztywniała. - Zapomnij o tym, co przeczytałaś.
Na jego twarzy było widać wstyd, ale próbował maskować to silną groźbą w głosie.
- Nie czytałam, uspokój się, Malfoy... - cofnęła się o krok i spojrzała mu w oczy, bo okazało się, że wydawanie jakichkolwiek poleceń, działa na Dracona jak płachta na byka. Próbował uspokoić oddech, ale wciąż głośno dyszał. Albo miał zamiar się na nią rzucić, albo rozpłakać.
- I tak ci nie wierzę - wycedził w końcu.
Hermiona wzruszyła ramionami. Odnalazła w sobie spokój. Chyba nie zaatakowałby jej. A nawet jeśli, może udałoby jej się odwdzięczyć. W końcu ostatnio to ona wygrała.
- Nie interesuje mnie twoja korespondencja, ani to czy mi wierzysz czy nie - odpowiedziała chłodno, po czym przez chwilę zrobiło się jej przykro. W końcu chłopak prawdopodobnie chwilę wcześniej płakał.
Dracona z pewnością zirytował sposób w jaki się do niego zwróciła, jak zwykle z resztą. Jednak nie mógł sobie wmówić, że Hermiona nie zabrzmiała autentycznie, więc odczuł też pewną ulgę, że nie przeczytała listu. Choć i tak nie zrozumiałaby z niego nic.
- Nie? - spytał, chyba nawet bardziej siebie. Hermiona pokręciła głową, a Draco nie zobaczył w jej oczach żadnej obłudy. Zdziwił się. On by przeczytał. Każdy by przeczytał.


Wrócił do dormitorium. Blaise leżał rozwalony na łóżku podrzucając nieswojego złotego znicza. Państwo Malfoy'owie kupili nowy i przekonali Dumbledore'a, aby w zamian dał im ten, który po raz pierwszy w życiu złapał Draco. Zgodził się bez problemu. Bardzo specyficzny człowiek. Młody śmierciożerca sam nie wiedział, czy go lubił, ale dyrektor był jedyną osobą, która chciała mu pomóc. Poza matką, oczywiście. Znicza złapał pierwszy raz w meczu z krukonami. Był naprawdę dobry, Slytherin stał wysoko w tabeli, ale to Gryffindor był pierwszy. Cholerny Potter. Grał świetnie, ale to było oczywiste jeszcze zanim po raz pierwszy zobaczył miotłę. Przecież Potter był idealny, a wszystkie talenty odziedziczył po rodzicach. Jeśli James Potter był świetnym szukającym, to Harry jeszcze lepszym. Jeżeli Lily Potter była ulubienicą Slughorna, Harry jest najlepszy na jego zajęciach. Co za tragedia, mieć takie posłuszne, wdzięczne dziecko i nie dożyć, by je poznać... Czy może większym jest być tym posłusznym, wdzięcznym dzieckiem i nie móc zobaczyć dumy i miłości, która takiemu dziecku się, bez wątpienia, należy? Co w takim razie ma powiedzieć człowiek, który (jeszcze) ma obojga rodziców, a niczego takiego nie poczuł? Gdyby chęć mordu przeszła na niego tak łatwo jak talent do gry na Pottera, wszystko byłoby łatwiejsze. Dużo, dużo łatwiejsze...
- Jakaś nowa misja? - spytał podniecony Blaise. Draco spojrzał na niego jak na robaka. 
- Zamknij się - odpowiedział i z wyjątkową agresją wyrwał znicz z jego rąk. Blaise podniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał z wyrzutem na przyjaciela.
- Wyluzuj, nikt nas nie słyszy...
Malfoy'owi nie chodziło bynajmniej o brak dyskrecji. Zabini po prostu go irytował. Każdy tutaj bardzo się zmienił. Draco nabrał wielu wątpliwości, Granger stała się niemal tak chłodna jak on, a Zabini stracił własny rozum. Malfoy chciał z powrotem swojego przyjaciela.